niedziela, 8 marca 2009

Krupnik i szkoła

Na obiad był krupnik. Od tego trzeba zacząć, bo to był istotny moment w dniu dzisiejszym. Bo mama, podając mi krupnik, nalała też mięso. Więc przez pół godziny wyławiałam mięso z zupy aż ta wystygła całkowicie. Trzeba było włożyć do mikrofalówki i podgrzać, bo zimnej zupy nie zjem. Nie zjem i już. Byłam pewna, że mięsa już nie ma, więc zaczęłam jeść. I nagle poczułam oślizgłe mięso (lubię mięso. Ale samo, nie w zupie. Mięso w zupie, to najobrzydliwsza rzecz na świecie!) i pobiegłam do łazienki zwymiotować. Mięso w zupie, to największa z ohyd świata. To jest nie do zjedzenia. I kiedy tylko złapię się na tym, że mam je w ustach, muszę zwymiotować. Po prostu muszę. To silniejsze ode mnie. Bojąc się kolejnego takiego przypadku, nie zjadłam zupy.

Jutro szkoła i wariuję ze strachu. Nie mogę się na niczym skupić. Ciągle wraca ta natrętna myśl, że jutro szkoła. Nic się nie uczyłam, nic nie umiem. Nie mogę się nawet nauczyć, nauka wymaga skupienia.
Ból żołądka jest nie do wytrzymania. A wszystko przez jedno miejsce. Nienawidzę szkoły. Lubię się uczyć, ale szkoły nienawidzę. Jest to uczucie tak silnej niechęci, że mam 100% pewność, że nienawidzę tam chodzić.

2 komentarze:

Rai pisze...

Uhmmm... Co do szkoły to nic mówić nie będę, szkoda słów...
*sama musi znosić okropny ból brzucha*
A co do krupniku... Rozumiem. Doskonale rozumiem. Bo mięso w zupie jest nie do zniesienia. Ot co.

*dzieli się herbatą* ^^"

powsinoga_pl pisze...

ech, skaczę po tym twoim blogu i nie mogę się naczytać :) z krupnikiem miałem to samo, a ponieważ nie znoszę również (a nawet przede wszystkim) śliskiej kaszy (tak jak zlepków ryżu), to skończyło się na kategorycznym odstawieniu krupniku. potem i mięsa. najpierw z powodów etycznych, a potem, gdy uzmysłowiłem sobie, że chodziło o to tylko, że mięso jest żylaste, włókniste i "swędzi" (Mama: "Jak możesz mówić, że kotlet jest włóknisty?! Pół godziny go tłukłam! Mięciutki jest i tyle!"), powróciłem do ryb, które (mimo ości) bardzo lubię.

Ciekawe jest to, co pisałaś o "toczeniu" głowy po ścianie. pamiętam, że jak byłem mały, nie tylko przynosiło mi to ulgę, ale sprawiało wielką przyjemność.